reklama

Rowerowa wyprawa piekarza do Berlina. Po drodze zabłądził na zakazany teren...

MAGAZYN, Wiadomości, 01.10.2023 09:00, eł

Bartosz Wójcik, skromny piekarz z Suchej Beskidzkiej stał się znany dzięki charytatywnej wyprawie na pomoc ciężko chorej Zosi Pająk ze Skawinek.

Rowerowa wyprawa piekarza do Berlina. Po drodze zabłądził na zakazany teren...

Ubiegłoroczna rowerowa podróż pana Bartosza na Hel o kilka tysięcy złotych wspomogła zbiórkę na terapię genową dla dziewczynki. Tym razem mężczyzna znów wyruszył w długą trasę na dwóch kółkach, ale dla odmiany czysto rekreacyjnie. Za cel podróży obrał Berlin.

Jadąc na Hel, pokonał 1045 km. Trasa do stolicy Niemiec nie jest aż tak długa, aczkolwiek Bartosz Wójcik nie wybrał najkrótszej możliwej, chciał bowiem zobaczyć po drodze trochę polskich atrakcji, między innymi eklektyczny zamek w Mosznej. - Tak naprawdę, gdyby nie wojna na Ukrainie, pojechałbym do Czarnobyla, żeby odwiedzić strefę wykluczenia wokół elektrowni jądrowej. Ale w obecnej sytuacji zdecydowałem się na Berlin, między innymi po to, by obejrzeć fragmenty sławnego Muru Berlińskiego – mówi Bartosz Wójcik.

Wyruszył we wtorek, 19 września, a do celu dotarł w pięć dni później, pokonawszy blisko 800 km. Jechał od rana do wieczora, zatrzymując się tylko na krótkie postoje. Pogoda mu dopisywała, bowiem większość czasu była bezdeszczowa. Padało tylko przez pół dnia. Akurat w tych deszczowych godzinach suszanin przeżył chwile grozy, choć nie miało to nic wspólnego z aurą...

W okolicach Zielonej Góry GPS poprowadził go na teren wojskowy. - Z początku nie zauważyłem niczego podejrzanego. Asfalt na drodze był zniszczony, ale zdarzyło mi się jechać już różnymi trasami, często gorszymi od tej. Dopiero kiedy ujrzałem tabliczkę z napisem „Teren wojskowy. Zakaz wstępu”, zrozumiałem, że GPS spłatał mi psikusa. Nie zawróciłem jednak, bo sądziłem, że przetnę tylko niewielki kawałek zakazanego obszaru – opowiada Bartosz Wójcik.

Na terenie wojskowym mężczyzna nie mógł połączyć z Internetem, więc jechał dalej w ciemno, nie wiedząc, gdzie jest i czy uda mu się trafić na ogólnodostępną drogę. - Błąkałem się tam ponad godzinę, mijając różne ostrzegawcze tablice, informujące na przykład o treningu snajperskim czy przejazdach czołgów. Czołgu żadnego wprawdzie nie zobaczyłem, ale zauważyłem różne podkopy i wystające lufy – relacjonuje suszanin.

Po drodze minęły go dwa samochody wojskowe. - Gdy zobaczyłem pierwszy, zacząłem machać, sądząc, że jadący nim żołnierze powiedzą mi, którędy mam jechać, żeby wydostać się z tego terenu. Ale oni tylko mi pomachali i pojechali dalej. Na widok drugiego auta postanowiłem za nim jechać, z nadzieją, że kieruje się do bazy i tam ktoś wskaże mi właściwą drogę – mówi Bartosz Wójcik.

Jakież było jego zdziwienie, gdy dotarł do koszar, a tam powitał go kolega z Suchej Beskidzkiej! - Był bardzo chętny do rozmowy, znacznie bardziej niż ja. Stresowała mnie wiedza, że jestem w miejscu, gdzie nie powinienem przebywać. Na szczęście żołnierze, których spotkałem, okazali się przyjaźnie nastawieni i tylko przestrzegali mnie przed dowódcą. Mówili, że jeśli mnie zobaczy, rzeczywiście mogę mieć kłopoty – opowiada suszanin.

Gdy udało mu się opuścić teren wojskowy, już bez większych przeszkód dojechał do celu podróży. Zwiedził najbardziej znane części Berlina, po czym udał się w podróż powrotną pociągiem.






Zdjęcia nadesłane przez Bartosza Wójcika

Zobacz także

Napisz komentarz

Redakcja mamNewsa.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy Internautów. Prosimy o kulturalną dyskusję i przestrzeganie regulaminu portalu. Wpisy niezgodne z regulaminem będą usuwane. Dodając komentarz, akceptujesz postanowienia regulaminu. Wszelkie problemy z funkcjonowaniem portalu, usterki, uwagi, zgłoszenia błędów prosimy kierować na: [email protected]

Musisz być zalogowany, aby dodawać komentarze.

Brak komentarzy