reklama

Wstrząsające zdarzenie w szpitalu. Nastolatka mogła umrzeć

, MAGAZYN, Na sygnale, Wiadomości, 02.09.2021 20:45, Edyta Łepkowska

Matka chciała wytłumaczyć lekarzowi specyfikę choroby córki, a ten wezwał policję, ponieważ uznał, że kobieta podważa jego kompetencje…

Wstrząsające zdarzenie w szpitalu. Nastolatka mogła umrzeć

Wadowiczanka pani Aleksandra (nazwisko do wiadomości redakcji) przeżyła dramatyczne chwile na wadowickim Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Jej piętnastoletnia córka walczyła o życie, ale dyżurujący lekarz zignorował stan dziewczynki. Nie miał czasu się nią zająć, bo za pilniejszą sprawę uznał… spacyfikowanie wzburzonej matki. Tymczasem każda chwila zwłoki przybliżała nastolatkę do chwili, gdy na pomoc będzie już za późno…

Piętnastoletnia córka Aleksandry z Wadowic cierpi od urodzenia na bardzo rzadką metaboliczną chorobę przejawiającą się zaburzeniami beta-oksydacji (przekształcania) kwasów tłuszczowych. Sytuacje zagrożenia życia nie są u niej wcale rzadkością. Są chwile, gdy dziewczynce jak najszybciej trzeba podłączyć kroplówkę z dziesięcioprocentowym roztworem glukozy. Jeśli do tego nie dojdzie, nastolatka może umrzeć. Ostatni taki przypadek zdarzył się 30 sierpnia, około 18.30.

Ponieważ choroba jest rzadka, leczę córkę tylko w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Ale jest ona objęta również stałą kontrolą oddziału pediatrycznego w wadowickim szpitalu. Dlatego zawsze w chwilach tak zwanej dekompensacji, czyli – jak to można określić - ulatniania wszystkich substancji odżywczych z organizmu córki, jedziemy właśnie tam. Na tym oddziale lekarze i pielęgniarki doskonale znają jej przypadek i wiedzą, jak mają postępować – wyjaśnia wadowiczanka.

Matka zazwyczaj sama zawozi córkę do szpitala, ale tym razem musiała zadzwonić na numer alarmowy i wezwać ambulans, ponieważ u dziewczynki bardzo szybko doszło do stanu krytycznego. Nastolatka nie mogła już chodzić, więc trzeba ją było przenosić.

To jest taka choroba, że dosłownie „odcina” ręce i nogi. Prosiłam o szybki przyjazd, bo liczyła się każda minuta. Ale karetka pojawiła się dopiero po trzech kwadransach. I nawet nie jechała na sygnale. Ratownicy zamiast od razu zabrać córkę do szpitala, chcieli robić jej badania w domu, założyć wenflon i chyba pobrać krew. Nie wyraziłam na to zgody, ponieważ moje dziecko po piętnastu latach zmagań z chorobą ma zniszczone żyły i nie każdy potrafi się w nie wkłuć. Jest to bardzo problematyczne, dlatego powinny to robić doświadczone pielęgniarki z pediatrii. Później ordynator tego oddziału pochwalił mnie za moją decyzję – opowiada matka nastolatki.

Ale zanim dotarła na oddział pediatryczny, przeżyła - jak twierdzi - prawdziwą gehennę i godzinę strachu o życie córki. Ratownicy odwieźli dziewczynkę do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Tam kobietę i jej córkę przyjął dyżurujący lekarz ginekolog.

Gdy usłyszał od panów z karetki, że nie zgodziłam się na to, by wkłuli jej się do żyły, zaczął na mnie krzyczeć, że jestem nieodpowiedzialną matką. A kiedy próbowałam mu wyjaśnić sytuację, zadzwonił po policję, pod pozorem, że podważam jego kompetencje. Jak uznał, obraziłam go, twierdząc, że jako ginekolog nie ma bladego pojęcia o chorobie mojej córki. Zaproponowałam też, abyśmy zadzwonili do Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie udzielą mu wskazówek, jak należy postępować z pacjentką cierpiącą na tę szczególną chorobę – relacjonuje wzburzona kobieta.

Funkcjonariusze przyjechali, wysłuchali obu stron i uznali, że sytuacja nie wymagała ich udziału. Ale rozmowy z lekarzem i matką zajęły sporo czasu, a tymczasem chora nastolatka bezradnie czekała na pomoc. – Gdy pan doktor zajął się rozmową z policjantami, zadzwoniłam na pediatrię i błagałam, żeby zabrano moje dziecko jak najszybciej na oddział. Lekarka stamtąd skontaktowała się z ginekologiem, który dyżurował na SORze i kazała natychmiast zabrać dziecko na górę. Ale on powiedział, że jego to na razie nie interesuje, ponieważ ma ważniejsze sprawy, jak rozmowa z policją. Wtedy już się uniosłam, przerwałam jego rozmowę z funkcjonariuszami, tłumacząc, że życie mojej córki jest zagrożone i jak najszybciej trzeba jej podpiąć kroplówkę – opowiada Aleksandra.

Dopiero gdy kobieta zadzwoniła do ordynatora oddziału pediatrycznego, jej córka w końcu trafiła pod opiekę specjalistów i dostała lek ratujący życie. Ale zanim uzyskała pomoc, spędziła na SORze okrągłą godzinę. – A następnego dnia położyła mnie na łopatki jeszcze jedna sprawa. Dostałam do ręki negatywny wynik testu córki na koronawirusa. Wiem jednak, że nie pobrano jej żadnego wymazu. Pan doktor nie zlecił testu, skąd więc ten wynik? – denerwuje się kobieta.

Zwróciliśmy się pisemnie do dyrekcji wadowickiego Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej z prośbą o wyjaśnienie zdarzeń opisanych przez wadowiczankę.

Odpowiedź w całości publikujemy pod tekstem. Ale jej sedno jest krótkie. „Uprzejmie informujemy, że ZZOZ w Wadowicach rozpoczął wewnętrzną procedurę mającą na celu wyjaśnienie zaistniałego zdarzenia. Szpital podkreśla jednak, że informacje dotyczące pacjentów chronione są przez przepisy prawa (…). Uzyskanie dostępu do danych i informacji z przebiegu leczenia może nastąpić jedynie za ich zgodą” – czytamy w piśmie podpisanym przez dyrektorkę ZZOZ Barbarę Bulanowską.

Bynajmniej nie pytaliśmy o stan zdrowia piętnastolatki ani historię jej choroby. Nasze pytania dotyczyły głównie zachowania lekarza. Dociekaliśmy, dlaczego nie udzielił dziewczynce natychmiastowej pomocy, a zamiast tego zajął się „poskramianiem” jej matki, która wszak miała prawo być zdenerwowana… Do tematu powrócimy.



Zobacz także

Napisz komentarz

Redakcja mamNewsa.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy Internautów. Prosimy o kulturalną dyskusję i przestrzeganie regulaminu portalu. Wpisy niezgodne z regulaminem będą usuwane. Dodając komentarz, akceptujesz postanowienia regulaminu. Wszelkie problemy z funkcjonowaniem portalu, usterki, uwagi, zgłoszenia błędów prosimy kierować na: [email protected]

Musisz być zalogowany, aby dodawać komentarze.

cath, 03.09.2021 12:05

Fachowo to się nazywa poświadczenie nieprawdy chociaż nie ferowalbym wcześniej wyroku bo test mógłbyc wykonany.Wystarczy sprawdzić dokumentacje .Chyba nadal podstawa przyjęcia jest wynik testu PCR-RT lub antygenowego.Z tego co wiem jeśli ktoś był szczepiony to chyba wystarczy antygenowy.

oshin22, 03.09.2021 10:37

To nie jest pierwszy raz kiedy widzę w dokumentach z TEGO szpitala badania i testy (np. Covid) które nie były wykonywane a zostały wpisane w kartę wypisu. TO JEST SPRAWA DLA PROKURATURY ! Ja jako płatnik składki zdrowotnej czuję się okradany przez takie praktyki. Pani dyrektor --- proszę sobie skontrolować kilka ostatnich wypisów....no chyba że "sorry takli mamy teraz" system ;-)

cath, 03.09.2021 07:44

A tak trochę poza tematem jeśli nie daj Bóg coś stałoby się złego w transporcie to kto by odpowiadał.Wtedy zarzut byłby skierowany tez w kierunku ratowników bo oni musza zabezpieczyć pacjenta na transport.Co do obsady SOR dyrekcja zajmuje się swoim ukochanym pododdziałem i administracja która rośnie w sile, nawet stworzono specjalne stanowisko ładnie się nazywające a w zasadzie niepotrzebne dla eks-dyrektora WSP bo go zwolniono stamtąd.A szpital zarabia tylko leczeniem. Stad kasa albo idzie na administracje albo na leczenie.A chętnych do pracy lekarzy,pielęgniarek jakoś nie widać.Wystarczy przestudiować oferty pracy i konkursy.

Burakz wiejskiej , 03.09.2021 07:26

mam wiadro chrzanu do ztarcia , proszę o kontakt tego doktóra , będzie mi potrzebny

Skalpel, 02.09.2021 23:06

Niestety z braku lekarzy zezwala się aby pacjentów przyjmował śpiewający miernota. Pani dyrektor powinno być przykro, że zatrudnia takie osoby. Dzięki nagłaśnianiu takich zachowań może w końcu coś się zmieni.

Zakolog, 02.09.2021 22:28

Szanowna Basiu, po przeanalizowaniu Pani pisma, jako ubezpieczeni głęboko się zastanawiamy co na oddziale wadowickiego SOR robił ginekolog w roli lekarza kierującego oddziałem ratunkowym. Z naszej wewnętrznej procedury wynika, iż tę funkcję powinien pełnić specjalista z medycyny ratunkowej. Ubezpieczeni podkreślają jednak, iż informacje zawarte w rozporządzeniu z dnia 27 czerwca 2019 r. w sprawie szpitalnego oddziału ratunkowego, dotyczące kwalifikacji lekarzy – są chronione przez przepisy prawa. Ponadto zgodnie z obowiązującą ubezpieczonych procedurą rozpatrywania pism kierowanych do nich przez ZZOS w Wadowicach – jeśli z nich nic nie wynika i nie można należycie ustalić ich przedmiotu, wzywa się dyrektora szpitala do uzupełnienia oświadczenia w terminie do 7 dni, pod rygorem Jego samoośmieszenia.

Sąsiad, 02.09.2021 22:21

O ile dobrze pamiętam, to szpital w Wadowicach ma już od wielu wielu lat złą opinię. Odkąd pamiętam mówiło się, że W WADOWICACH DOBRZE WYPISUJĄ TYLKO AKTY ZGONU. Nie zwalajcie winy na rządzących, bo sytuacja w tym szpitalu była i jest tragiczna (przypomnijcie sobie artykuł o ręce w gipsie), a ile takich sytuacji przeszło bokiem, bo sporo osób po prostu odpuszcza. Nic dodać, nic ująć - w tym szpitalu powinna zajść radykalna rewolucja. Może uda się to, gdy ktoś w końcu pozbiera do kupy tego typu sprawy i wyśle list intencyjny do Ministra Zdrowia?

Skalpel, 02.09.2021 21:59

Bo jeżeli tak to gorszego konowała nie spotkałem.

tomekx, 02.09.2021 21:32

Ależ cudownie ta służba zdrowia funkcjonuje pod rządami pis.Tak w wadowicach rządzi partia kaczyńskiego i spółki

cath, 02.09.2021 21:24

A po co w ogóle dziecko wozić na SOR .Kiedyś oddział pediatrii miał swoją izbę przyjęć i było ok ale komuś się to nie podobało.Rzeczywiście to bardzo mądre żeby małe dzieci leżały z dorosłymi .To tylko niepotrzebne wydłużanie udzielania pomocy.Ginekolog leczący dziecko tego to nawet Mrozek by nie wymyslil.W Wadowicach dali rade….