reklama

Czarodziejka światła i cienia

, MAGAZYN, Wiadomości, 25.10.2021 18:00, Edyta Łepkowska

Mało kto wie, jak niesłychanie utalentowana kobieta mieszka w domu pod lasem w Roczynach.

Czarodziejka światła i cienia

Aby zajrzeć w głąb duszy Małgorzaty Archer, trzeba zobaczyć wnętrze jej domu w Roczynach. Wszystkie lampy oraz znaczna część mebli i innych elementów wystroju wnętrz to jej własne dzieła – przedmioty przez nią wykonane lub przynajmniej zaprojektowane. Razem tworzą one unikatową, oryginalną i piękną całość, wiele mówiącą o ich twórczyni.

Małgorzata Archer z Roczyn jest niezwykle kreatywną i utalentowaną kobietą, która z łatwością odnajduje się w różnych dziedzinach sztuk plastycznych. Maluje, fotografuje, projektuje meble, lampy i ubrania, świetnie też radzi sobie z architekturą wnętrz. Jedyne, czym się nie zajmuje, to dziedzina, którą zgłębiała w czasie studiów – ceramika chińska. Ale niewykluczone, że i po taką formę wyrazu kiedyś sięgnie, bowiem uwielbia wyzwania. Oprócz tego wszystkiego Małgorzata Archer gra na różnych instrumentach. Sporą część swego dorosłego życia poświęciła muzyce i zapewne nadal grałaby w zespole i prowadziła studio nagraniowe, gdyby nie fakt, że trudno to było pogodzić z wychowywaniem czwórki dzieci.

Azjatyckie stypendium

Mieszkanką Roczyn Małgorzata Archer stała się nieco przypadkiem, kilkanaście lat temu, gdy po latach wojaży po całym świecie postanowiła wraz z rodziną osiąść w ojczystym kraju. A wszystko zaczęło się od studiów w… Chinach. Małgosia od dziecka wykazywała nieprzeciętne zdolności artystyczne i marzyła o tym, by uczyć się malarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnie jest to Akademia Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta) we Wrocławiu, swoim rodzinnym mieście.

Egzaminy wstępne zdała bez problemów, ale nie na tyle dobrze, by dostać się na wymarzone studia. Wolnych miejsc na upragnionym przez nią kierunku było bowiem zaledwie pięć, a ona zajęła szóstą lokatę.

Wtedy dowiedziała się o możliwości wyjazdu na studia do Chin, w ramach wymiany stypendialnej. Wprawdzie była to oferta dla osób chcących studiować ceramikę, ale nikt, kto dostał się na ten kierunek, nie przejawiał ochoty, by poznawać jego tajniki w aż tak odległym kraju. Ale Małgosia stwierdziła, że jest to dla niej szansa na lepszą przyszłość.

Chciałam wyjechać z Polski, bo były to smętne czasy lat osiemdziesiątych. Perspektywy tutaj były fatalne, zwłaszcza dla osób z artystyczną duszą. Dlatego już następnego dnia zdeklarowałam się, że jadę – wspomina Małgorzata Archer.

Masakra na Placu Tiananmen

Decyzja była jednak niełatwa, bo studia w Chinach oznaczały niemal kompletny brak kontaktu z rodziną w Polsce. – Można było co najwyżej napisać list, który doszedł po dwóch miesiącach. Ilekroć jakiś dostałam, było to jak wiadomość z przeszłości – wspomina kobieta.

Pierwszy rok spędzony w Pekinie musiała poświęcić nauce języka. – O dziwo, ten czas wystarczył, by poznać go na poziomie uniwersyteckim. Chińczycy mają dobre metody. W klasie było dziesięciu obcokrajowców, którzy nie mieli żadnego wspólnego języka, więc po prostu musieliśmy nauczyć się chińskiego, żeby móc się ze sobą porozumiewać – opowiada Małgorzata.

Dopiero po tym okresie mogła rozpocząć studia, na które tam pojechała. Życie studenckie w Pekinie bardzo jej się spodobało, jednak dość szybko nastąpił kres jego uroków. Doszło bowiem do wydarzeń na Placu Tiananmen i w jego okolicach, które krwawymi zgłoskami zapisały się w historii Chin. Prodemokratyczne manifestacje rozpoczęte przez studentów zostały stłumione przy użyciu czołgów i karabinów maszynowych. Zginęło wiele osób, choć do dziś nie wiadomo, ile naprawdę ich było. Komunistyczna Partia Chin informowała, że śmierć poniosło niespełna 300 osób, natomiast kilka tysięcy zostało rannych. Inne źródła podawały znacznie większą liczbę zabitych.

Od reggae po hip hop

Po wyjeździe z Chin Małgorzata wędrowała po całym świecie, co umożliwiła jej praca dla charytatywnej organizacji Orbis International, zajmującej się leczeniem chorób powodujących utratę wzroku. W czasie jednej z takich podróży poznała... Fidela Castro. Po kilku latach wojaży postanowiła poświęcić się jednej ze swoich najwcześniejszej pasji – muzyce. A że jej ulubionym gatunkiem było reggae, udała się na Jamajkę, gdzie ten styl się narodził. Założyła tam własny zespół, w którym grała na basie. Na karaibskiej, pełnej słońca wyspie spędziła 5 lat, po czym przeniosła się do Nowego Jorku, gdzie również kontynuowała muzyczną przygodę. A później, podczas wyjazdu do Anglii poznała basistę Rona Archera, który wkrótce został jej mężem.

Po ślubie para założyła studio nagraniowe w Londynie, w którym Małgosia zajęła się produkcją. - To były wspaniałe czasy. Nagrywaliśmy hip hop, świetnie bawiliśmy się muzyką. I być może zajmowalibyśmy się tym nadal, ale studio nie przynosiło zbyt dużych zysków, a nasza rodzina się powiększała – opowiada Małgorzata. Najpierw urodził się Miłosz, w osiem lat później Maja, a w rok po niej bliźnięta Oriana i Oskar. Bo przyjściu na świat najmłodszej dwójki Archerowie uznali, że ich dzieci muszą wychowywać się w otoczeniu natury, w domu pod lasem.

Raj na ziemi

W poszukiwaniu wymarzonego miejsca trafili do Roczyn. – Szukaliśmy go prawie tak, jak Bolek i Lolek - obracając globus, pokazując palcem wybrane punkty. Tylko że w naszym przypadku najbardziej pomocny okazał się Internet. To były czasy, kiedy mało kto jeszcze z niego korzystał. Ale dla mnie to była jedyna szansa, żeby znaleźć nam dom, bo byłam uwiązana w mieszkaniu z roczną córeczką i dwójką noworodków – mówi Małgorzata.

Kiedy znalazła nieruchomość, która wydawała się spełniać jej wymagania, poprosiła ojczyma i przyjaciółkę z Polski, by obejrzeli działkę i stojący na niej dom w stanie surowym. – On stwierdził, że miejsce jest niesamowite, aczkolwiek trudno do niego dojechać. A przyjaciółka powiedziała: „Gośka, to jest po prostu raj na ziemi, jedziesz tu i koniec” – ze śmiechem wspomina artystka.

Niewykończony dom był dla niej jak czyste płótno dla malarza. Wyzwolił w niej pokłady kreatywności, o których nawet nie wiedziała, że w niej tkwią. Musiała obmyślić, jak zmienić układ pomieszczeń i czym je zapełnić, by budynek rzeczywiście stał się jej miejscem na ziemi. Małgosia przeistoczyła się najpierw w architekta wnętrz, a z czasem zaczęła projektować meble i lampy, bo – jak się okazało – trudno jest zdobyć takie, które spełniałyby jej wymagania. – Nie lubię kupować rzeczy. Nawet, gdy jakiś gotowy produkt mi się spodoba, czuję, że zrobiłabym to… może nie lepiej, ale inaczej – podkreśla.

W międzyczasie zajęła się też projektowaniem i szyciem ubrań. Marzyła jej się garderoba bazująca na wyłącznie naturalnych tkaninach, zwłaszcza lnie. - Przy budowie domu i czwórce dzieci nie było mnie stać, żeby kupować lnianą odzież, która do taniej nie należy. Dlatego postanowiłam sama ją sobie szyć. Przypomniałam sobie wszystkie techniki i których uczyła mnie mama i stare sukienki po babci, które przerabiałam, żeby na mnie pasowały – opowiada.

Witrażowa sowa

Aż trudno sobie wyobrazić, jak niespożytą energią musiała się wykazać w pierwszych miesiącach po przeprowadzce do Polski. Jej mąż pracował za granicą, by zarobić na prace wykończeniowe, a ona razem z dziećmi mieszkała w wynajętym mieszkaniu w Bielsku-Białej. Rano zawoziła Miłosza do podstawówki w Roczynach, potem wracała do trójki malców, pozostawionej pod opieką niani. A po południu odbierała syna ze szkoły i jechała do domu, by doglądać prac wykończeniowych. – Dziś sama jestem w szoku, gdy sobie przypomnę, jak wówczas żyliśmy – twierdzi Małgorzata.

Jej eksperymenty w projektowaniu różnych elementów wyposażenia wnętrz zaczęły się od tęsknoty za lampą, którą Małgosia wypatrzyła na pchlim targu jeszcze przed wyjazdem do Chin. – To była ołowiana lampa z witrażami, w kształcie sowy. Absolutnie się w niej zakochałam, ale nie kupiłam jej, bo niebawem miałam jechać do Chin i to była akurat najmniej w tym momencie potrzebna mi rzecz. Ale mama, widząc mój zachwyt, kupiła mi ją w prezencie na następne urodziny – wspomina artystka. Lampa miała czekać, aż Małgosia będzie miała własny dom. Matka nie dożyła tego czasu, a witrażowa sowa w pewnym momencie trafiła na strych u rodziców Rona.

- Kiedy nasz dom był już gotowy, poprosiłam go, by przywiózł lampę. Ronnie pojechał po nią, lecz wrócił ze smętną miną i pustymi rękami. Bo choć przeszukał wszystkie kąty, nie udało mu się jej znaleźć. Zmartwiony, obiecał, że kupi mi podobną, jeśli gdzieś ją znajdę. Jednak nigdzie nie było takiej lampy sowy, jaka by mi spasowała, choć szukałam za pośrednictwem Internetu na całym świecie. W końcu uznałam, że muszę sama ją zrobić – opowiada Małgorzata.

Magia światła

Zaczęła eksperymentować i w końcu zaprojektowała własną lampę sowę. Była zupełnie inna niż ta z ołowiu i kolorowych szybek, którą Małgosia znalazła na pchlim targu. Jej sowa wykonana była ze stali nierdzewnej i rozszczepiających światło kryształów. A kiedy się ją włączyło, zaczynały się… czary. Zdawało się bowiem, że sowa rozpościera skrzydła i podrywa się do lotu. Taki efekt dawało światło przefiltrowane przez otwory w stalowej konstrukcji i kryształy.

Od tamtej pory Małgosia stworzyła wiele pięknych i wyjątkowych lamp. W jej domu to właśnie one są najbardziej charakterystycznymi i zwracającym uwagę elementami wyposażenia. Wszystkie wyglądają wspaniale, gdy są wyłączone, lecz po zaświeceniu stają się wręcz magiczne. Ich wyjątkowość polega bowiem nie tylko na samym kształcie, lecz przede wszystkim na tym, jak zmienia się całe pomieszczenie po włączeniu świata. Lampy Małgosi są ażurowymi stalowymi konstrukcjami, które nie tylko rozjaśniają pomieszczenia, ale też rzucają na ściany i sufit niezwykłe cienie.

- Często ostateczny efekt jest dla mnie samej niespodzianką. Jego część potrafię przewidzieć, jednak druga część wciąż mnie zaskakuje. Teraz już może bardziej jestem w stanie to sobie wyobrazić, ale na początku, po zapaleniu każdej nowej lampy zawsze było wielkie „wow”, bo nie miałam pojęcia, co się wydarzy po zaświeceniu światła – wyznaje Małgorzata.

Wszystkie jej dzieci odziedziczyły po niej talent muzyczny, ale tylko siedemnastoletnie obecnie bliźnięta również mają zdolności plastyczne. Jednak Oskar, przynajmniej na razie, ich nie rozwija. Jedynie Oriana próbuje iść w ślady mamy – maluje, fotografuje i projektuje.









Foto: Edyta Łepkowska

Zobacz także

Napisz komentarz

Redakcja mamNewsa.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy Internautów. Prosimy o kulturalną dyskusję i przestrzeganie regulaminu portalu. Wpisy niezgodne z regulaminem będą usuwane. Dodając komentarz, akceptujesz postanowienia regulaminu. Wszelkie problemy z funkcjonowaniem portalu, usterki, uwagi, zgłoszenia błędów prosimy kierować na: [email protected]

Musisz być zalogowany, aby dodawać komentarze.

Brak komentarzy